I znowu listopad. I znowu idę długim terminalem i widzę za szybą słońce Barcelony. Wychodzę przed budynek i niepotrzebna mi żadna kurtka. Wsiadam do aerobusu, kupuję bilet "de ida y vuelta" i jadę do mojego ulubionego miasta.
Na parę dni przed społeczną konsultacją w sprawie suwerenności Katalonii, w samym środku nacjonalistycznego katalońskiego wrzenia, zaczynam swój pobyt w Barcelonie tradycyjnie już w Llavor dels Origens, w pasażu Born.
"Solo una?" - kelnerka upewnia się dwa razy, że jestem sama. Przynosi więc jedną kartę, z której wybieram ciecierzycę z owocami morza i karczochem. Do tego kieliszek cavy i... czego trzeba więcej wygłodniałemu po samolotowym niejedzeniu-bo-jedzenie-w-samolocie-jest-wstrętne człowiekowi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz